"I to czego nie wiesz nie może Cię zranić.I to czego nie wiesz oszczędzi Ci odrobinę bólu. Ale gdybym mógł wybrać pozwoliłbym, żeby Cię to zraniło. Bo życie w bólu ma coś w sobie"
Cały dzień spędziliśmy w ciszy. Kiedy wyszedłem z toalety, jedyne co zdążyłem z siebie wyrzucić, to: "dom.praca.teraz" . On nie zadawał żadnych pytań. Posłusznie wyszedł za mną z restauracji i pojechaliśmy do domu. Nie popatrzyłem nawet na niego, tylko od razu pobiegłem do swojego "laboratorium" na dole. Otworzyłem drzwi kopniakiem, podeszłem do szafki, gdzie leżały strzykawki z płynem koloru fioletowego. Nie wahając się nawet sekundę, podwinąłem rękaw koszulki i wbiłem sobie z całej siły strzykawkę. Bolało, jak diabli. Czułem, że to wypala mi skórę od środka, ale to jest lekarstwo. Musi boleć, to oznaka tego, że pomaga. Nie ma innego wytłumaczenia. Brakuje mi powietrza w płucach, pieką mnie oczy, ale stosuje się odpowiednio do staranie zapamiętanych czynności. Tak naprawdę tylko to fioletowe gówno jest w stanie utrzymać mnie przy życiu. Nagle zaczął zamazywać mi się obraz i traciłem koncentrację wzroku. Runąłem w długą na ziemię zostając sam na skraju życia. Nie wiem, ile czasu tak leżałem, ale na drzworzu jest już bardzo ciemno. Możliwe, że leżałem tutaj, jak ta parówa dobre 4 godziny. Świetnie. Jak ja się wytłumaczę z tego wszystkiego Steve'owi? Musze się od niego odciąć i pozwolić mu, żeby mnie znienawidził, tylko jest mały problem. Ja go lubię i to bardzo. Czuje się przy nim, tak bardzo prawdziwy i wolny. On pozwala mi chociaż raz zachować się jak dziecko i zaraz nie spojrzy na mnie krzywym wzrokiem. On mnie zrozumie i jeszcze zaproponuje pójście na wate cukrową.
Ide do łazienki, gdzie biorę prysznic, przebieram się w piżame i ide spać, zanim zdążam policzyć do 10. Czuje, jak coś liże mnie po twarzy i w jednej chwili rozważam opcje czy to przypadkiem nie Rogers. Otwieram jedno oko, potem drugie i powstrzymuje się, żeby nie zacząć krzyczeć. Na moim łóżku leży mała, biało-brązowa kupa futra, która postanowiła sprawdzić moją czujność.
-ROGERS!!! W MOIM POKOJU JEST SZCZUR. POMÓŻ MI!!!- zacząłem się drzeć, jak mała dziewczynka.
Nie minęła minuta, a w moim pokoju stał cały czerwony i zdyszany Rogers.
-Wołałeś mnie?
- Tak. Co tutaj robi ten kundel?
pokazuje palcem na puchatą kulkę na łóżku.
- Leży sobie, a co?- Odpowiada lekceważąco i przypatruje mi się.
- Steve, ja nie chce w domu tego psa.... tego szczura... Oddaj go.
-Dlaczego spójrz jaki jest słodki.-podchodzi do psa i bierze go na ręce. - przybłąkał się za mną rano, kiedy szedłem ze sklepu. Żal mi się go zrobiło i postanowiłem go adoptować.
-O nie nie nie. Ja nie chce w domu mieć żadnych insektów. Weź to zabierz i komuś oddaj. Ktoś na pewno jest miłośnikiem gryzoni- zachęcam go, odsuwając się jak najdalej od intruza.
-Buddy nigdzie nie idzie- pogłaskał go za uchem, a ten w akcie podziękowania wystawił lekko język do przodu.
-Buddy? To ten szczur ma imię?
-Oczywiście, że ma. Czy wujcio Tony chce wziąść Buddy'ego ns ręce?
-Wujcio Tony? Serio? To ty nie mów mi, że zostałeś jego matką.
-Tak...
-O nie hahaha- czuje, że zaraz wybuchne. Upadam na podłogę i zaczynając się tarzać, śmieje się w niebo głosy. Nie zauważyłem, kiedy Rogers puścił tego szczura, który podbiegł do mnie zaczął mnie lizać po ręce. Odskoczyłem od niego i nie wiem jak znalazłam się na łóżku i krzyczałem, jak mała 5-latka.
-To mnie dotknęło fuuujj. Zabierz go stąd.
-Nie zaczynaj znowu. Weźmiesz go dzisiaj na spacer w celu zapoznawczym.
-Ale ja nie chce. On nawet mnie nie lubi....
-Tony!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz