piątek, 18 grudnia 2015

Rozdział 6~ "Because maybe, you're gonna be the one that saves me"

"I to czego nie wiesz nie może Cię zranić.I to czego nie wiesz oszczędzi Ci odrobinę bólu. Ale gdybym mógł wybrać pozwoliłbym, żeby Cię to zraniło. Bo życie w bólu ma coś w sobie"

Cały dzień spędziliśmy w ciszy. Kiedy wyszedłem z toalety, jedyne co zdążyłem z siebie wyrzucić, to: "dom.praca.teraz" . On nie zadawał żadnych pytań. Posłusznie wyszedł za mną z restauracji i pojechaliśmy do domu. Nie popatrzyłem nawet na niego, tylko od razu pobiegłem do swojego "laboratorium" na dole. Otworzyłem drzwi kopniakiem, podeszłem do szafki, gdzie leżały strzykawki z płynem koloru fioletowego. Nie wahając się nawet sekundę, podwinąłem rękaw koszulki i wbiłem sobie z całej siły strzykawkę. Bolało, jak diabli. Czułem, że to wypala mi skórę od środka, ale to jest lekarstwo. Musi boleć, to oznaka tego, że pomaga. Nie ma innego wytłumaczenia. Brakuje mi powietrza w płucach, pieką mnie oczy, ale stosuje się odpowiednio do staranie zapamiętanych czynności. Tak naprawdę tylko to fioletowe gówno jest w stanie utrzymać mnie przy życiu. Nagle zaczął zamazywać mi się obraz i traciłem koncentrację wzroku. Runąłem w długą na ziemię zostając sam na skraju życia. Nie wiem, ile czasu tak leżałem, ale na drzworzu jest już bardzo ciemno. Możliwe, że leżałem tutaj, jak ta parówa dobre 4 godziny. Świetnie. Jak ja się wytłumaczę z tego wszystkiego Steve'owi? Musze się od niego odciąć i pozwolić mu,  żeby mnie znienawidził, tylko jest mały problem. Ja go lubię i to bardzo. Czuje się przy nim, tak bardzo prawdziwy i wolny. On pozwala mi chociaż raz zachować się jak dziecko i zaraz nie spojrzy na mnie krzywym wzrokiem. On mnie zrozumie i jeszcze zaproponuje pójście na wate cukrową.
Ide do łazienki, gdzie biorę prysznic, przebieram się w piżame i ide spać, zanim zdążam policzyć do 10. Czuje, jak coś liże mnie po twarzy i w jednej chwili rozważam opcje czy to przypadkiem nie Rogers. Otwieram jedno oko, potem drugie i powstrzymuje się, żeby nie zacząć krzyczeć. Na moim łóżku leży mała, biało-brązowa kupa futra, która postanowiła sprawdzić moją czujność.
-ROGERS!!! W MOIM POKOJU JEST SZCZUR. POMÓŻ MI!!!- zacząłem się drzeć, jak mała dziewczynka.
Nie minęła minuta, a w moim pokoju stał cały czerwony i zdyszany Rogers.
-Wołałeś mnie?
- Tak. Co tutaj robi ten kundel?
pokazuje palcem na puchatą kulkę na łóżku.
- Leży sobie, a co?- Odpowiada lekceważąco i przypatruje mi się.
- Steve, ja nie chce w domu tego psa.... tego szczura... Oddaj go.
-Dlaczego spójrz jaki jest słodki.-podchodzi do psa i bierze go na ręce. - przybłąkał się za mną rano, kiedy szedłem ze sklepu. Żal mi się go zrobiło i postanowiłem go adoptować.
-O nie nie nie.  Ja nie chce w domu mieć żadnych insektów. Weź to zabierz i komuś oddaj. Ktoś na pewno jest miłośnikiem gryzoni- zachęcam go, odsuwając się jak najdalej od intruza.
-Buddy nigdzie nie idzie- pogłaskał go za uchem, a ten w akcie podziękowania wystawił lekko język do przodu.
-Buddy? To ten szczur ma imię? 
-Oczywiście, że ma. Czy wujcio Tony chce wziąść Buddy'ego ns ręce?
-Wujcio Tony? Serio? To ty nie mów mi, że zostałeś jego matką.
-Tak...
-O nie hahaha- czuje, że zaraz wybuchne. Upadam na podłogę i zaczynając się tarzać, śmieje się w niebo głosy. Nie zauważyłem, kiedy Rogers puścił tego szczura, który podbiegł do mnie  zaczął mnie lizać po ręce. Odskoczyłem od niego i nie wiem jak znalazłam się na łóżku i krzyczałem, jak mała 5-latka.
-To mnie dotknęło fuuujj. Zabierz go stąd.
-Nie zaczynaj znowu. Weźmiesz go dzisiaj na spacer w celu zapoznawczym.
-Ale ja nie chce. On nawet mnie nie lubi....
-Tony!!!

niedziela, 13 grudnia 2015

Rozdział 5 ~ "And You'll be here... in my arms"

"Kradnę kolejne spojrzenie lub dwa
Może zaryzykowałbym dla Ciebie
Ale Ty, Ty mnie nie potrzebujesz
Nawet mnie nie widzisz"

Czy coś mu jest?  Oco chodzi z tymi toksynami? Czyżby był chory?  Nie bardzo wiem, co się z nim dzieje, ale chciałbym mu pomóc. Polubiłem go i choć większość osób twierdzi, że jest to arogancki, bogaty playboy, ja uważam, że jest to bardzo sympatyczny człowiek, który lekko gubi się w życiu. Przytłaczają go pewne rzeczy i jego skorupą ochronną jest 'sarkazm' oraz zachowanie na 'ignoranta'. Szybko odszedłem stamtąd nie patrząc za siebie. Nalałem sobie wody do szklanki,  wypiłem ją i szybko poszedłem spać.  Chciałbym jak najszybciej zapomnieć o tym przykrym incydencie, ale to wciąż siedzi w mojej głowie. Wciąż próbuje rozgryźć co takiego kryje się za tymi toksynami. To nie daje mi spokoju. Czuje się,  jakbym utracił pamięć i próbował odzyskać wspomnienia, ale one są drobne jak piasek, który przelatuje mi przez palce. Mam nadzieje, że we śnie dostane jakieś rozwiązanie i będę mógł pomóc. Chciałbym mu pomóc.

                

                       *****

Poranne słońce pada na moją twarz, zmuszając mnie do wstania. Otwieram lekko zaspane oczy i z jękiem wstaje z łóżka. Ból w klatce piersiowej zmusza mnie do wzięcia dwóch głębokich oddechów. Znowu powraca panika i strach. Czy to znowu się dzieje?  Nie rozumiem. Myślałem, że już nigdy nie będę musiał ze strachem zaczynać dzień, ale to jest jak bumerang- znowu powraca.  Musze poradzić sobie z tym sam. Wczoraj wydawało mi się, że ktoś był w moim laboratorium.  Czyżby to był Steve? Oby to nie był on. Nie chciałbym, żeby wiedział bo wtedy by mnie z nienawidził, a ja tego nie chce. Nie chce by ode mnie odszedł, bo czuję, że odnalazłem w nim przyjaciela. Wie tylko Pepper. Tylko ona jest mi na tyle bliską osobą, że zna mnie bardziej, niż ja sam. Jest moją rodziną i kocham ją najbardziej na świecie. Mogę jej ufać i wiem, że mnie nie zdradzi. Tyle razy widziała mnie w stanie rozsypki, a mimo to została i mi pomagała. Wielokrotnie zmieniała mi  bandaże, karmiła i sprzątała. Nie musiała tego robić, ale nie pozwoliła mi na samozniszczenie. Ubieram się i schodzę na dół, gdzie siedzi Kapitan.
-Dzień dobry. Jak ci się spało?-pytam, siadając obok niego na kanapie.
-Nawet dobrze, tylko przez długą część czasu nie mogłem zasnąć.
-Rozumiem cię, ja też nie spałem zbyt dobrze.
-Dlaczego?
-Natłok myśli i prawdopodobnie zepsute łóżko. Jadłeś już coś?  Ah tak zapomniałem, że u mnie w lodówce jest tylko Martini. Wstawaj idziemy coś zjeść.
-Gdzie?-pyta, poczym wstaje i idzie za mną do samochodu.
-Jak to gdzie? Na kebab-wsiadliśmy do samochodu, poczym z piskiem opon odjechaliśmy. Kapitanowi bardzo smakował kebab i w rezultacie zjadł dwa, a ja tylko jeden z powodu braku apetytu. Poszliśmy potem do parku, gdzie jak małe dziecko patrzył z zachwytem na biały dom.
-Ale tutaj ślicznie
-Nie prawdaż? Jedyne miejsce, gdzie nie stoją wieżowce i fabryki- mówię z sarkastycznym tonem.
-Wiesz... zależy, jak na to patrzysz. Kiedy ktoś jest tak negatywnie nastawiony do życia, jak ty to będzie widział świat na czarno i biało.
-No co ty mówisz?  Ja.... czekaj.... Kapitanie nie ruszaj się- mówię i chowam się za niego.
-Ale dlaczego?-troszkę zdezorientowany, nie bardzo wiedzący o co chodzi Kapitan spełnia moją prośbę i zamiera w ruchu.
-Widzisz tą blondynke w niebieskiej koszulce i czarnych spodenkach?
-No widzę i co?-pyta niezrozumiale.
-To emmm.... to moja.... była... przyjaciółka na... em... określony czas....
-Jezu Tony nie bądź dzieciakiem i powiedz, że to twoja była kochanka- prycha i się śmieje.
-No tak. I najstraszniejsze jest to, że ona obiecywała sobie zbyt wiele i kiedy chciałem jej łagodnie wytłumaczyć, że nic z tego nie będzie, ta powiedziała, że się zemści. No i od tej pory jej unikam.
-Zadziwia mnie to, jak szybko potrafisz się wpakować w kłopoty.
-Wiesz, to rodzinne. Mój ojciec Howard też był podobny w tych sprawach.- mówię, rozglądając się nerwowo.
-Podobny? Tony wy wyglądacie i zachowujecie się identycznie. Różnią was tylko imiona, a tak to reszta się zgadza.
-Skąd niby o tym wiesz, huh?
-Znałem twojego ojca i stąd wiem.
-Zapomniałem,  że mój przyjaciel to pomnik.
-Mam 90 lat i jeszcze nie umarłem- mówi, odsuwając się na bok i wydając moją kryjówke. Na moje nieszczęście zauważyła mnie osoba, przed którą się chowam i już biegnie w moją stronę.
-Część Andżel...-zachwiałem się prawie od siły jej prawego sierpowego.
-Cześć Tony....
-Ała... za co to do cholery?- łapiąc się za szczękę, patrzę na nią wzrokiem pełnym nienawiści.
-Za to, że jesteś kompletnym kretynem i idiotą.
-Posłuchaj mnie dziewczynko-przybliżam się do niej- niczego ci nie obiecywałem i nie wiem co sobie uroiłaś w tej swojej główce, ale na pewno z tobą nie będę i wybij to sobie z główki.
Trzask. Tym razem dostałem z otwartej ręki w policzek.
-Dupek-powiedziała, poczym z płaczem uciekła przed siebie.
-Na to sobie akurat zasłużyłem-siadłem na trawie i spojrzałem na Kapitana z dołu.
-Oj Tony Tony.-Kiwa głową z politowaniem.
-Co? Tylko nie mów, że sobie na to zasłużyłem.
-Zasłużyłeś sobie na to.
-Miałeś tego nie mówić.
-Kobiet się tak nie traktuje.  Powinno się do nich zwracać z szacunkiem na jaki zasługują.
-Ale to nie jest kobieta tylko potwór.
-Dużo jest jeszcze tych potworów?- pyta, poczym pomaga mi wstać z trawy.
-Nie zdajesz sobie sprawy ile jeszcze ich jest. Nie zawsze byłem tak grzeczny, jak teraz.
-Ty kiedyś byłeś grzeczny?  Bez przesady Tony. Nie wolno kłamać.
-No dobra masz rację.-idziemy przez park i docieramy do samochodu, gdzie udajemy się następnie do najlepszej restauracji na świecie.
-No i jak Kapitanie? Gotowy na obiad? Jestem strasznie głodny.- otwieram drzwi i udajemy się do mojego prywatnego stolika. Potem przychodzi kelner i przyjmuje zamówienie. Czekamy na nasze zamówienie, kiedy mi momentalnie robi się słabo i świat wiruje mi przed oczami. Wstaje,  rzucam krótkie "łazienka" i w następnej chwili stoję już przed lustrem w męskiej toalecie. Rozpinam koszule i widzę na swojej klatce piersiowej obok serca, pajęczyne zrobioną z czarnych żył, ktore wydają się rosnąć z każdą kolejną minutą.

Rozdział 4 ~ "Everyone you meet is fighting a battle you know nothing about. Be kind. Always"


"Nie widzisz sposobu w jaki na Ciebie patrzę
Gdy Ty nie spoglądasz na mnie
Chciałbym móc powiedzieć Ci o każdej myśli jaką
miałem
O Tobie i mnie
Ale Ty nie patrzysz na mnie w taki sposób"

-Mówisz, że nigdy nie jadłeś pizzy?- pytam zaskoczony. No bo jaka normalna osoba nie jadła by chociaż raz w życiu pizzy.
-Tak. Pierwszy raz ją jem i musze ci powiedzieć, że nie jest taka zła.
-Ale jak to możliwe???
-Byłem zamrożony przez 75 lat w lodzie. Takie rzeczy się zdarzają.
-Oj Kapitanie jeszcze wiele rzeczy przed tobą- kręcę głową z politowaniem.
-Czuje się tutaj nie na miejscu. Wciąż jestem tutaj 'nowy'. Rozumiesz oco mi chodzi.
Nagle dzwoni telefon. Podrywam się z taką siłą, że spadam z kanapy i powoduje u Kapitana atak śmiechu. Zły podchodzę i chwytam telefon.
-Słucham?- mówię głosem mordercy.
-Hej Tony tutaj Pepper. Chce wiedzieć jak się trzymasz.
-Ooo Pepper. Ja... nawet... dobrze... się trzymam... wszystko okay...
-Nie nudzi ci się samemu w domu?- pyta z troską w głosie.
-Nie... zaprosiłem na kolacje Kapitana Rogersa i siedzimy z pizzą oraz colą,oglądając tv. A co tam u ciebie i twojego.... narzeczonego na wakacjach?-odpowiadam wymijająco.
-Jest pięknie. Nawet nie wyobrażasz sobie jakie to uczucie odpocząć i nie musieć lecieć o 4.00 po twoje ulubione ciepłe pieczywo do piekarni.
-Ha..ha..ha.. nie rób ze mnie takiego tyrana Pepper bo ci gdzieś podwyżka ucieknie. Z resztą musze kończyć, bo jestem zmęczony i fajny film leci. Pa Peppper.
Szybko rozłączam się i wracam do Kapitana.
-Więc co oglądamy w tv?
-Kto to Pepper?-pyta z zaciekawieniem.
-Pepper to moja asystentka i najlepsza przyjaciółka.
-Ah serio? Myślałem, że to twoja dziewczyna.
-Ja i Pepper? W życiu.-wybucham śmiechem- nigdy nie mógł bym z nią być, a poza tym ona ma najbardziej sztywnego narzeczonego w historii brytyjskich sztywniakòw.
Kapitan bardzo się z mieszał. Na jego twarzy widniały chyba wszystkie odcienie różu i fioletu na raz. Spuścił wzrok i gapił się w swoją szklankę z colą.
-Ej Kapitanie skąd mogłeś wiedzieć, że Pepper to tylko mój taki jakby anioł stróż. A może zagramy sobie w "poznaj drugiego człowieka" huh?
-W sumie to czemu by nie?-widać, że już mu przeszło i wrócił stary Kapitan.
-No więc Steve ile masz lat?
-90.
-Wow. Jakie kremy stosujesz, że masz tak dobry stan ciała?
-Polecam zamrażanie długoterminowe-obydwoje wybuchneliśmy śmiechem. Chyba zaczynam go lubić.
-Kiedy ostatni raz się całowałeś?
-Ejejej nie ważne.
-No weź. Pfff nie fajny teraz jesteś.
Zabieram swoją pizze i idę do siebie. Albo nie. Zostaje tutaj. I musisz się ze mną męczyć.
-Ja się zastanawiam Tony czy wszystko z tobą w porządku?
-Oczywiście, że nie. Ale trudno się mówi. Musicie wszyscy znosić moje ADHD.
-Serio masz ADHD?
-Nie. Ja po prostu się zgrywam się i kocham  to robić.
-Osz ty niedobry człowieku.
Wiesz co? Jak tak patrzę na niego to czuje się jakbym patrzył w niebo. On jest tą przepiękną samotną gwiazdą, która rozświetla mrok. Nigdy nie widziałem kogoś kto jest tak bardzo kruchą i delikatną osobą. Chcesz na niego patrzeć, ale boisz się go dotknąć w obawie przed uszkodzeniem. Wiesz o czym mówię?  Chce się patrzeć na niego godzinami, ale wiesz, że nie możesz,  dlatego odwracasz wzrok. Nawet nie wiesz, że on też przygląda się tobie.
Robicie tak zwane tępe koło, które nie ma końca.
-Tony...
-Tak?
-Chce mi się spać. Możesz mnie zaprowadzić na górę?  Chciałbym pogadać z tobą dłużej, ale sen bierze nade mną przewagę. Przepraszam.
-Nic nie szkodzi. Porozmawiamy jutro.
Wstajemy i kierujemy się na górę. W sumie to ja też poczułem się śpiący. Stajemy przed pokojem Kapitana, który otwiera drzwi i gdy chce się odezwać on mnie wyprzedza.
-Dobranoc Tony. Dziękuję za niesamowity wieczór.-poczym mnie przytula. Nie wiem jak się zachować, więc przez chwilę stoje jak kłoda, ale później odwzajemniam uścisk.
-Dobranoc Steve. Miłej nocy- poczym odwracam się i idę do swojego laboratorium.  Biore z półki paczkę żelków.
-Jarvis nie śpij.
-Nie śpie panie Stark.
-Znajdź mi wszystkie informacje jakie masz o Steve'ie Rogersie.
-Już się robi.
Siadam na fotelu i oglądam 'życiorys' Kapitana. Nie wiedziałem, że miał takie beznadziejne życie. Tyle razy próbował dostać się do wojska, ale z negatywnym skutkiem. Poddał się eksperymentowi, który pomógł mu stać się nad człowiekiem. Nie mogę uwierzyć, ale jest mi go autentycznie żal.  Biedny dzieciak. Nie zasłużył sobie na to wszystko.








                         ******


Nie mogąc zasnąć poszedłem na dół, żeby napić się wody, jak to mam w zwyczaju, kiedy męczy mnie bezsenność. Kieruje się do kuchni, ale na dole obok schodów świeci się światło. Zaciekawiło mnie to, ponieważ myślałem, że Tony już dawno śpi. Zszedłem schodami na dół, gdzie było jakieś laboratorium, chyba własność Tony'ego. Podszedłem bliżej i zobaczyłem, że za szybą pokoju stoi Tony. Przykładał palec do jakiegoś metalowego kwadratu. Kiedy podniósł tajemniczy przedmiot do góry zdążyłem jedynie odczytać: "poziom toksyn we krwi- 78%"

Rozdział 3 ~ " Let your faith be bigger than your fears"

                    *Cap*

Od kiedy tylko go zobaczyłem wydał mi się interesujący. Taki typ uroczego clowna, który próbuje zwrócić na siebie uwagę i przy okazji jest cholernie przystojny. Nie wiem, kiedy to w sobie odkryłem, ale podobają mi się zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Nie potrafię powiedzieć dlaczego?  Taki jestem i nie mogę się z tego wyleczyć. Próbowałem wszystkiego. Psycholog, leki i rozmowy-to nie zdawało egzaminu. Jestem biseksualny i nie mogę tego naprawić. Akceptuje to w sobie, ale boję się reakcji innych. Boje się wyśmiania. On naprawdę mi się podoba, ale czy czuje to samo do mnie? Nie wiem tego, musze się jakoś zorientować. I kim jest ta cała Pepper? Jego dziewczyna? siostra? I dlaczego musi się z nią spotkać?  Tak szybko wyszedł,  a nie zdążyłem z nim nawet minuty porozmawiać na osobności. Zostałem sam. Wszyscy gdzieś wyszli,  a Coulson kazał mi czekać. Czas zdawał się dłużyć w nieskończoność,  a ja powoli robiłem się zmęczony, choć nie spałem zbyt dużo. Sen nigdy nie przychodził. Dużo czasu spędzałem na siłowni, w kawiarniach,  w parkach i  rysowałem- wszystko, żeby zabić jakoś samotność i ogłuszający czas. Nagle wchodzi Coulson i mówi, że ktoś zaraz się mną zajmie. Mija znowu długi szmat czasu. Widzę, że Coulson z kimś rozmawia, ale nie potrafię zobaczyć kto to? Drzwi znowu się otwierają i staje w nich ON. Nie mogę się doczekać, aż nim porozmawiam. Wydaje się być bardzo przyjaznym człowiekiem o złożonej osobowości. Mówi, że mam iść z nim. Czyli to jednak on się mną zaopiekuje?  Podoba mi się to, choć jemu chyba nie bardzo. Przybieram swoją maskę obojętności i idę za nim. Musze ukrywać wszystkie emocje wobec niego, bo nie chce się rozczarować. Schodzimy na dół. Widzę jego samochód. Jest przepiękny, ale co z moim motorem? Nie podoba mi się to. Mówię mu o tym, ale on nie słucha, wścieka się. W końcu daje za wygraną. Proponuje mi, że niejaki "Jarvis" się nim zajmie. Zgadzam się i jedziemy.

    

                      ****

-Czy to twój dom?-pyta w lekkim szoku.
-Tak mój. Witaj w moich skromnych progach.
Wysiadamy i udajemy się do drzwi,  a przez nie do samego salonu. Kładę klucze na komodę i przyglądam się Steve'ovi, któremu zaraz oczy z ekscytacji wypadną.
-Chodź, pokaże ci twój pokój. 
Prowadzę go na górę, gdzie znajduje się większość moich gościnnych sypialni. Otwieram pierwsze drzwi po lewej stronie i wpuszczam go do środka. Rozgląda się, uważnie przypatruje się najmniejszemu elementowi. Fascynuje mnie to w jaki sposób on na wszystko patrzy. Z takim wielkim zainteresowaniem, ciekawością jak u małego dziecka. Przyłapuje mnie, że na niego patrze i szybko odwracam wzrok. Rumienie się. Kaszle, żeby odzyskać swoją starą pewności siebie i mówię:
-Choć idziemy coś zjeść, a potem obejrzymy coś w TV. Co ty na to?
-Brzmi nieźle- odpowiada z niepewnym uśmiechem i schodzimy z powrotem na dół. Idziemy do kuchni, Steve siada na krześle, przy stole obok jadalni, a ja otwieram lodówkę w poszukiwaniu jedzenia, ale.... znajduje w niej tylko butelkę Martini. Zamykam lodówkę i ze zmartwioną miną sięgam po domowy telefon, leżący na kredensie.
-Steve przykro mi, ale nie mam nic innego w domu oprócz Martini. Może zadzwonimy po pizze? Huh.
-Jak... jak... jak chcesz- jego głos wciąż brzmi niepewnie, więc próbuje go jakoś rozweselić. Nic nie przychodzi mi do głowy, więc ostatnią deską ratunku pozostał... Jarvis.
-Hop hop Jarvis nie śpimy. Potrzebuje tutaj na za 20 minut 3 dobre hawajskie pizze.
-Dobrze szefie.
-Aha no i przydałoby się picie, więc do tego będą dwie duże butelki pepsi.
-Dla pana wszystko, panie Stark.
Odłożyłem telefon, który już nie był mi potrzebny i usiadłem naprzeciwko Kapitana, który zrobił się lekko zielony na twarzy.
-Dla...dla...dla....dla... dlaczego słyszałem jakiś głos dochodzący nie wiadomo skąd. Co to było?
-To Jarvis. Jest on hmmm... moimi plecami bezpieczeństwa i dobrym doradzcą. Nie ześwirowałeś, więc wszystko z tobą w porządku.
-To dobrze. Tony... mogę cię o  coś spytać.
- Jasne... Wal jak do własnej siostry.  Hahahaha
-No bo ja tutaj nikogo nie znam i czuje się tutaj tak nieswojo. To może za brzmieć trochę głupio i uznasz mnie za dziwaka, ale.... mógłbyś zostać moim przyjacielem i pomóc oswoić się z tym światem?  Zrozumiem, jeśli odmówisz.
- Pewnie, że zostanę twoim przyjacielem.  Będziemy razem plotkować i obgadywać tatuśka. A jutro pójdziemy pozwiedzać i pójdziemy do kina. Co ty na to?
-Nie robisz sobie ze mnie żartów? 
-Ależ oczywiście, że nie Steve... Gdybym cię nie lubił, to bym cię do domu nie wpuścił.  Proste-nagle zadzwonił dzwonek do drzwi, który oznacza, że nasza pizza już jest- Pora jeść! Ależ się zrobiłem głodny...

Rozdział 2 ~ "Welcome to the reality baby"

-Pepper kochanie mam do ciebie pewną sprawę.
-Nie Tony nie wyciągnę cię z więzienia i nie nie mam zamiaru tuszować za ciebie żadnych spraw w mediach- moja kochana przyjaciółka jak zwykle potrafiła mnie wyczuć na wylot.
-Nie chodzi mi o żadną z tych rzeczy. Chce, żebyś powiedziała, że jestem na spotkaniu z tobą.
-Niech zgadne: jakaś dziewczyna zrobiła sobie nadzieję i nie zrozumiała, że to przygoda na jedną noc?- Jak zwykle ten sarkazm w jej głosie potrafi być bardzo przydatny.
-Zwiałem przed tatuśkiem i agentem, bo nie chciało mi się ich długo słuchać.
-Oj Tony Tony-jej śmiech rozbrzęczał mi w słuchawce.
-No co Pepper. Nie mam co ze sobą zrobić. Kiedy wrócisz? Jesteś mi potrzebna. Kto się mną będzie opiekował? 
-Przykro mi Tony. Jestem na urlopie ze swoim chłopakiem i nie wrócę do końca miesiąca.
-Ale to za 3 tygodnie dopiero. Pepper wróć!!!-udaje płacz, żeby móc wziąść ją na litość.
-Nie Tony. Całuski papa- no i się rozłączyła.
Rzucam telefon na sąsiednie siedzenie i głośno wzdycham. No to kto mi doradzi co się się ze mną dzieje? Nie mogę przestać myśleć o tym przystojnym blondynie. Te jego przenikłe spojrzenie, piaszczysto- blond włosy i słodki, niepewny uśmiech. Kurde co jest?  Musze się jakoś pozbyć tego uczucia. Znowu dzwoni telefon, sprawdzam kto to i bez chwili namysłu odbieram:
-Co tam agencie?
-Tony? Pilnie potrzebuje cie w siedzibie.  Jesteś nam potrzebny.
-Eh.... będę za chwilę. Radze ci nie siadać.
Zawracam samochód i przyśpieszam. Nie wiem czemu nawet spełniam prośbę agenta. Przecież jestem Tony Stark i mogę robić co chce i kiedy chce. Ale coś w głębi serca szeptało mi, że może być tam ON. Silnik nie zdążył  dobrze zgasnąć, a ja pędziłem schodami na trzecie piętro. Dotarłem z szybkością błyskawicy przed szklane drzwi, gdzie czekał na mnie Coulson.
-Co się stało? 
-Silny atak terrorystyczny na Manhattanie. Zginęło 50 osób, i zaraz musze tam być.
-W takim razie po co ja ci jestem potrzebny?- Zaczynam się lekko irytować.
-Mam nadzieje, że się nie obrazisz, ale ktoś musi zająć się Kapitanem przez jakiś czas. Wiem, że mnie nienawidzisz, ale proszę cię, żebyś to zrobił. Nie mamy co z nim zrobić, a jest na celowniku Hydry.
-Nie ma sprawy Agen... Coulson.
To już go zabieram- z krzywym uśmiechem otwieram drzwi, gdzie siedzi mój dzisiejszy towarzysz. Lekko się dziwi na mój widok,  ale milczy.
-Wstawaj Kapitanie,  impreza w Stark Tower czeka.
-Impreza? Nie mam najmniejszej ochoty na żadne imprezy-Co za smutas z niego.
-Trudno się mówi.  Przez jakiś czas ja cię będę niańczył i będziesz musiał się przyzwyczaić. A teraz idziemy, bo jeszcze Coulson ukradnie mi auto.
Wstaje i w ciszy udajemy się do mojego samochodu. Kiedy zamierzam już odjechać, orientuje się, że Kapitan z jakiegoś powodu nie chce wsiąść.
-Co znowu?- Pytam zirytowany. Nie ważne, jak bardzo on jest uroczy to nie uśmiecha mi się robienie za niańke.
-Przyjechałem swoim motorem. Nigdzie bez niego nie jadę.
-Ugh... Jarvis podeślę kogoś, kto go do nas podwiezie.
-Ale...
-No chyba, że chcesz iść na piechote to proszę bardzo, ale ostrzegam, że mieszkam na drugim końcu miasta i troszkę ci to zajmie.
-Panie Stark z całym szacunkiem, ale...
-Wystarczy Tony i wsiadaj bo mi troszkę do jasnej cholery zimno, a ty przywykłeś już do tego typu temperatur.
-No dobrze Sta... Tony...- Z grymasem na twarzy wsiada do samochodu, zapina pasy i nic więcej nie mówi. Podróż minęła nam w ciszy. Nie odzywał się ani słowem, choć ja non stop chciałem do niego zagadać, ale coś mi odradzało. Przyłapałem go kilka razy na przypatrywaniu mi się. Od razu się zmieszał, ale ja nic sobie z tego nie robiąc uśmiechałem się do niego pokrzepiająco. No bo co ja mogę poradzić na to, że ten blondyn tak mocno zaczął na mnie działać? 

niedziela, 6 grudnia 2015

Rozdział 1~ "What do you mean?"

-Drodzy zgromadzeni... i Stark- Powiedział Fury lekko zirytowanym głosem.
-Oj tatusiu nie złość się, bo złość piękności szkodzi. Może byś się uśmiechnął?
-Z.A.M.K.N.I.J S.I.Ę.-Cedzi każde słowo dokładnie tatusiek.
-Wowowowow spokojnie tatuśku, bo ci ciśnienie skoczy. Wystarczyło ładnie poprosić,  a nie ty tylko potrafisz się wściekać.
-Coulson mów dalej, bo jeszcze chwila, a go zabije. Ja w tym czasie sobie usiąde. A ty kanalio-Wskazał na mnie palcem.- Nawet nie waż się odezwać bo cię za morduje. Kapujesz??
- Co tylko sobie życzysz tatusiu- Posyłając mu całusa, wyje ze śmiechu.
-A więc tak. Jak dobrze wiecie zebraliśmy was tutaj nie bez powodu. Otóż chodzi o to, że w tym miesiącu odkryliśmy dużo poza ziemskiej energii i odczytaliśmy raporty, które to potwierdzają. Pewnie zapytacie co wy tutaj robicie? Otóż chcemy, żebyście dołączyli do naszego tajnego projektu super bohaterów, którzy pokinali by tą materię i stanęli na wysokości zadania, chroniąc cywili...- Coulson rozpoczął tą swoją nudną przemowe, aż mi się spać zachciało. 
Zacząłem się rozglądać po wszystkich zgromadzonych. Natasha jak zwykle mina zabójcy połączona z piękną twarzą,  Fury, który świdrował mnie wzrokiem no i ten tajemniczy jegomość, który przyszedł z tym nudziarzem Coulsonem. Miał piękne rysy twarzy, pełne usta i niesamowicie błękitne oczy. Nie wiem dlaczego, ale zaczął mi się podobać. Przeszła mi przez głowę, taka myśl, żeby do niego zagadać, ale coś szturchnęło mnie w ramię. Tym ktoś był Hawkeye. Bezgłośnie dał mi znać, że Coulson coś chce.
-Tak... Agencie??-Zapytałem, udając niewiniątko.
-Czy ja ci przeszkadzam??
-No może tak trochę, ale nie powiem ci tego, bo mam piękny uśmiech, a tatusia tutaj nosi. Więc do rzeczy, bo mam umówione spotkanie,  a Pepper mnie udusi, jeśli się nie pojawię.
-Jestem pewien, że Pepper nic nie będzie.
-Nie chciałbyś widzieć jej ostatnio. Prawie mnie zabiła, bo zapomniałem o jej urodzinach czy coś. Ah te baby, co nie?- Uśmiechając się, puściłem oczko e stronę "nowego".
-Emm... tak?- Odpowiedział zmieszany i zaskoczony, że do niego się odzywam.
-STARK!!! Ja ci kiedyś zaszyje usta zobaczysz. Nigdy już się nie odezwiesz, rozumiesz??? No mam cie dość człowieku-Fury, aż się zrobił czerwony na twarzy, co zdarza mu się hmmm... jak na niego dość rzadko.
-Oj tatusiu spokojnie. Już będę grzeczny. A czy w nagrodę dostane cukierka??
-Tony uspokój się- Poraz pierwszy od czasu mojego przybycia Natasha zabrała głos.
-Dla ciebie wszystko Tasha- Tak naprawdę ona była jedyną osobą oprócz Pepper, która mnie rozumiała i którą uważałem za moją najlepszą przyjaciółkę. Była powiernikiem moich sekretów i potrafiła doradzić jak nikt inny.
- Wracając do tego, co mówiłem wcześniej. Potrzebujemy kogoś, kto obroni cywilów i będzie taką naszą "tarczą". Potrzebujemy jeszcze kilku innych członków do drużyny, którzy niedługo zapełnią nasze szeregi. Natasha zajmie się sprowadzeniem Bannera, a ja zajmę się Thorem. Drużyna będzie się nazywać 'Avengers', a dowodzić, będzie osoba, która ze mną tutaj przyszła. Przedstaw się proszę po krótce.
Mój wzrok skierował się na nowego przybysza i stwierdzam, że jak stoi wygląda jeszcze lepiej, choć jego styl ubierania się mógłby wyglądać lepiej.
-Miło mi być tutaj wśród was wszystkich i móc słuchać słów takiego mądrego człowieka, jak Agent Coulson. Jestem Steve Rogers i...
-To ty jesteś ten co robił za kostkę lodu przez 75 lat????- Tak mi się wydawało, że  skądś go znam i teraz wiem już skąd.
-Emmm... tak to ja. A pan to kto?
Wstaje podchodzę do niego i z powalającym uśmiechem mówie:
-Tony Stark, geniusz, miliarder i playboy we własnej osobie.
-Bardzo pan skromny panie Stark. Czy przypadkiem Howard Stark nie jest jakoś z panem spokrewniony???
-To mój ojciec. Niestety...
-Znałem go. Bardzo wartościowy i lojalny człowiek.
-Zapewne. Wracając do tego co powiedział Coulson mam pewien pomysł. Skoro i tak rząd nie da wam spokoju, a dopóki tatusiek jeszcze mnie nie zabił to możemy kwaterę główną Avengersów zrobić w STARK TOWER.
-STARK TOWER? Ten wielki brzydki budynek w Nowym Yorku?
-Auć... to cios w moje serce. Przecież ta wieża to moje najukochańsze dziecko i zabolało mnie, że PAN je obraża.-Udałem, że ocieram łzy i spojrzałem na niego z przymrużeniem oka.
-Aha. Dobrze wiedzieć...
-No dobrze kochani to może na dzisiaj skończymy obrady,  bo Starka zaczyna nosić- Coulson jak zwykle potrafi zaskoczyć wszystkich swoich refleksem.
Rzucając ostatnie spojrzenie naszemu nowemu przystojniakowi jako pierwszy opuszczam zebranie i jade na fałszywe spotkanie z Pepper, której nie ma, bo wyleciała na konferencje do Pekina. Ale czy miałem powiedzieć im prawdę?  Że  chyba się zakochałem. Oni i tak by tego nie zrozumieli.